Norwegia państwem (nad)opiekuńczym?

Norwegia jest jednym z krajów, który przyciąga rocznie tysiące emigrantów. Wielu Polaków wyjechało, marząc o bogactwie, stabilizacji i wysokim poziomie życia. Często jednak nie wiedzą, że wraz z bogactwem, stabilizacją i wysokim poziomem życia pojawia się zupełnie inne traktowanie obywatela, niż ma to miejsce w Polsce.

Maciej Czarnecki, Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym, wyd. Czarne, s. 204

 

Barnevernet – to słowo przez wielu jest wymawiane niemal szeptem. Jedni boją się tej instytucji, oskarżając o uprowadzanie dzieci, inni uważają, że to instytucja, która oferuje pomoc i wsparcie. Jak jest naprawdę? Kto ma rację w tym sporze? Czy Barnevernet przekracza swoje uprawnienia? Czy manipuluje dziećmi, każąc im donosić na rodziców? Czy zabiera dzieci rodzicom bez powodu? Czy imigranci, mieszkający w Norwegii, mają się czego bać? I co ma z tym wszystkim wspólnego Anders Breivik? Tego dowiecie się, czytając reportaż Macieja Czarneckiego.

20161021_232830

Muszę wam przyznać, że autor mnie pozytywnie zaskoczył. Byłam pewna, gdy tylko wzięłam tę książkę do ręki, że reportaż nie będzie obiektywny i dostanę wiadro pomyj na Norwegię i jej system oświaty i opieki socjalnej. Spodziewałam się samych negatywnych historii o tym, jak Barnevernet zabrał biednej, polskiej rodzinie dzieci i nie oddał. A jak oddał to nachodził rodziców przez wiele lat, doszukując się patologii. Oczywiście takie też się pojawiały. Ale Maciej Czarnecki okazał się być nie katem, a sprawiedliwym obserwatorem.  Wysłuchuje zarówno jednej jak i drugiej strony. Rozmawia z osobami, które znają kulturę Norwegii i wiedzą, jak bardzo inna jest mentalność Norwegów i Polaków, wysłuchuje urzędników, którzy współpracują z instytucjami opiekuńczymi, pyta rodziny, które miały bezpośrednią styczność w instytucjami opiekuńczymi o to, jak zostały przez nich potraktowane.

Tutaj nie ma jednej, ciemnej lub jasnej strony. Są sytuacje, które jednoznacznie pokazują bezduszność systemu, błędy urzędników Barnevernetu, przekłamania i manipulacje w raportach oraz brak jakiegokolwiek wsparcia dla rodziców i dzieci. Możemy także przeczytać o tym, jak instytucje próbowały pomóc rodzinom w problemach ze zbuntowanymi dziećmi. Czarnecki zwraca też uwagę na temat różnice kulturowych, które Barnevernet powinien brać pod uwagę, gdy styka się z rodzinami imigrantów. Polskie rodziny inaczej podchodzą do wychowywania dzieci, a w kraju, gdzie za podniesienie głosu na dziecko w najlepszym wypadku można otrzymać donos od sąsiadów do opieki społecznej, należy uważać szczególnie.

Reportaż jest bardzo obiektywny, co jest jego główną zaletą. Pokazuje, że nic nie jest czarno-białe, a patologia ma wiele twarzy. Z jednej strony mamy inną kulturę i mentalność, odmienne podejście do wychowania, a z drugiej instytucję, która ma za zadanie udzielać wsparcia w trudnych momentach i nierzadko to właśnie robi, ubolewając jednocześnie, że ludzie tak bardzo boją się jej urzędników, mimo że parę razy sami dali ku temu powód. Głośna była sprawa m.in rodziców Nikoli, którą odbił Krzysztof Rutkowski. Autor jednak pokazuje, że nawet ta sprawa nie była tak oczywista, jak to w mediach przedstawiano.

Książka została rozreklamowana jako wstrząsający reportaż. Dla mnie nie jest on wstrząsający, określiłabym go inaczej – wyważony, który próbuje pokazać nam wiele odcieni szarości, zamiast jednoznacznie opowiadać się po którejś ze stron i wskazywać biel lub czerń. Owszem, wiele historii może budzić zdziwione, nawet przerażenie, lecz ani na chwile nie należy zapominać, że obu stronom chodzi o to samo – o dobro dzieci. Problem jest w tym, że obie strony mogą interpretować to dobro w inny sposób.

Opublikowano Literatura faktu, Moje, Polecam, Reportaż, Tabu | Otagowano , , , , , , , | 2 komentarzy

- Jesteś jak te psy, te niechciane, które przez całe życie są źle traktowane. Kopiesz je i kopiesz, a one wciąż wracają, wciąż płaszczą się i merdają ogonem.

Za chwilę do kin wchodzi ekranizacja tej książki. Między innymi dlatego zdecydowałam się wreszcie ją przeczytać. Strasznie mi ją zachwalano i polecano. Zazwyczaj jest właśnie tak, że jak ktoś mi coś zachwala to mamy większe oczekiwania wobec takiej książki. A jak książka ma dobrą reklamę i o mało nie wyskakuje nam z lodówki, to już w ogóle myślimy, że to musi być dzieło wybitne. I sięgamy sobie po taką powieść, przygotowujemy się na niesamowite doznania czytelnicze i nagle…no cóż, nagle okazuje się, że dostaliśmy strzała w twarz. Ja się tak poczułam po przeczytaniu tej książki. Jakby mi ktoś przywalił z prawego sierpowego.

P.Hawkins, Dziewczyna z pociągu, wyd. Świat Książki, s, 328 

Rachel uwielbia pociągi. Zawsze chciała mieszkać w ich pobliżu i wydawało jej się, że jej marzenie się spełni. Niestety, marzenia runęły jak domek z kart. Ale miłość do pociągów w dziewczynie nie umarła. Codziennie do pracy dojeżdża tym samym pociągiem. Niemalże codziennie widzi to samo małżeństwo. Wydaje jej się, że bardzo się kochają. Pewnego dnia zamiast tej odwiecznej radości na ich twarzach widzi coś zupełnie innego, coś co zmieni jej życie, chociaż ona sama nie zdaje sobie z tego sprawy. Rachel staje się częścią ich życia, które okazuje się tak dalekie od ideału, jak to tylko możliwe.

420113-352x500

Początek powieści mogę określić trzema słowami – nuda nudą powlekana. Nie mam słów, żeby opisać, jak bardzo mnie to zaskoczyło i zirytowało. Przez pierwsze 50 stron nie zdarzyło się nic, co by mnie poruszyło, zaintrygowało czy choćby zaciekawiło. A to przecież thriller. I to jaki popularny! Bestseller! No ale nic, pomyślałam sobie, że później będzie lepiej. Było odrobinę lepiej. Fabuła jest jak ciężka lokomotywa. Bardzo wolno rusza, zanim się rozpędzi to wszystko aż trzeszczy, piszczy i się rozłazi. Nawet jak już rusza, to robi to bardzo powoli. To nie jest Pendolino moi drodzy, oj nie. To jest najwolniejszy osobowy, jakim kiedykolwiek jechałam.

Postać głównych bohaterów trochę ratuje powieść, choć mam wrażenie, że były one jedynie niedopracowanym szkicem. Najlepiej świadczy o tym postać Anny. Tak bezosobowej, nudnej kobiety jeszcze w literaturze nie widziałam. Gdybym ja była jej mężem, to bym się z nią rozwiodła. A najpewniej w ogóle nie musiałabym się z nią rozwodzić, bo po prostu nigdy bym się z nią nie ożeniła. Jedna z głównych bohaterek powieści wygląda, jakby stworzono ją z papieru, który w każdej chwili można podrzeć na milion kawałeczków. Rachel trochę ratuje książkę, ale sama to ona nie pociągnie tej lokomotywy. O postaciach męskich nie będę się nawet wypowiadać, bo nie ma o czym.

Czy jest coś, co mi się w powieści P. Hawkins podobało? Jeśli miałabym na siłę szukać, to koniec książki. W takim stylu powinna być napisana cała powieść, choć i tak nie był to koniec na miarę pisarki powieści uznawanej za bestseller. Cała reszta do piachu i niech idzie w zapomnienie. Najgorzej moi drodzy, jeśli macie zbyt wysokie oczekiwania w stosunku do jakiejś powieści. Wtedy bardzo często okazuje się, że nie było na co wyczekiwać, bo trzymacie rękach powieść mocno średnią. I tak też oceniam ,,Dziewczynę z pociągu” P. Hawkins – jako mocno średnią historię, której promocja jest trochę na wyrost.

Opublikowano intryga, Kryminał, literatura współczesna, Nie polecam, Nieokreślone, Thriller | Otagowano , , , , , , | 2 komentarzy

I okazuje się nagle, że każdy człowiek jest niezastąpiony. Nawet najmniej ważny , najskromniejszy, najbardziej cichy. Po każdym zostaje wyrwa.

Za każdym razem kiedy sięgam po Jeżycjadę Małgorzaty Musierowicz czuję jakieś takie ciepło w okolicy serca. Zaczęłam ją czytać gdy miałam 13 lat. Zakochałam się w całej rodzinie Borejków, a o Gabrysi pisałam pracę na egzaminie gimnazjalnym. Mam w domu wszystkie książki. Wiele z nich czytałam po kilka razy. I nigdy nie mam dosyć. Spotykam się z opiniami, że Borejkowie są niedzisiejsi, a przez to nierealistyczni. Że zadufani w sobie, nie przyjmują do swojego domu ludzi, którzy nie przystają do nich poziomem, podczas gdy u nich też dzieje się daleko od ideału. Że robi się nudno, bo pani Musierowicz pokazuje nam perypetie coraz młodszego pokolenia.

A ja powiem wam tak. Byłam z Gabrysią w szkole średniej, gdy poznała Janusza, byłam z Idą, gdy pomalowała Lisieckich na zielono, z Nutrią, gdy zadurzyła się w Nerwusie, z Pulpecją, gdy nie zdała matury, z Różą, która w wieku nastoletnim przyjęła oświadczyny Fryderyka, z niezrozumianym przez nikogo Tygryskiem, który uciekł z domu, z małym erudytą Ignacym i małomównym Józefem podczas ich pierwszych miłostek. I wiecie co? Przeczytałabym każdy tom jeszcze raz i przeżyłabym to wszystko ponownie. I pewnie któregoś dnia tak zrobię. Ale pora wrócić do teraźniejszości. Jakich wrażeń dostarczył mi Feblik, najnowsza powieść mojej ulubionej autorki? Przekonacie się poniżej.

Małgorzata Musierowicz, Feblik, wyd. Akapit Press, s. 276

370225-352x500

Ta część to stara, dobra Jeżycjada w czystej postaci. Spotykamy tutaj wszystkich Borejków, którzy cieszą się wakacjami na łonie natury. Ignacy Grzegorz odgrywa w tej powieści rolę główną. Swoją drogą to niesamowite, jak bardzo dzieci się zmieniają. Na oczach czytelników Ignacy Grzegorz wyrósł na świetnego mężczyznę, choć wcześniej podejrzewałam, że będzie z niego maminsynek – miał wszelkie ku temu warunki.

Ta cześć jest pełna wzruszeń i aż wstyd przyznać, ale popłakałam się podczas czytania wiele razy. Zwłaszcza, że mam brzydkie przeświadczenie, że za chwilę autorka będzie nam kazała pożegnać się z jednymi z głównych bohaterów. Nie wiem czy jej to wybaczę, bo dla mnie Jeżycjada bez Mili i Ignacego to nie Jeżycjada. Mogę mieć tylko nadzieję, że autorka pozwoli nam się jeszcze nimi trochę nacieszyć, bo są cudowni.

Ida jak zwykle jest niezawodna. Małgorzata Musierowicz chyba wlewa swoje poczucie humoru głównie w tę postać, co niejednego czytelnika doprowadzi do łez. Dialogi są mistrzowskie, idealnie dopracowane, tak jak za starych dobrych czasów. Lektura to sama przyjemność. Powieść porusza głęboko okolice serca, zwłaszcza u osób, które znają już rodzinę Borejków i towarzyszą im przez lata.

Nigdy nie zgodzę się z tym, że powieść jest moralizatorska. Nawet jeśli można odnieść takie wrażenie, to nie ma w tym nic złego. Potrzebujemy takich książek, potrzebujemy takich ludzi i takich historii. Takie powieści sprawiają, że chce mi się żyć i być dobrym człowiekiem, który ponad własne frustracje stara się przedkładać dobre wychowanie, uczciwość i piękny język,który przez wielu ludzi jest kaleczony. Jeżycjada to cykl dla osób w każdym wieku. Już dawno nie jestem w gimnazjum, a książki Małgorzaty Musierowicz poruszają mnie tak samo, jak wtedy. Dzięki nim można chociaż na chwilę zastanowić się nad wnętrzem człowieka, jego zachowaniami i motywacjami. Bo każdy z nas jest inny i co innego dla niego w życiu jest ważne.

Gdy czytałam Feblika zdałam sobie sprawę, że to mnie nie tylko relaksuje, ale też psychicznie uspokaja. Mało która książka to potrafi. Po jej przeczytaniua czułam się, jakbym wróciła z długiej podróży do domu. Z niecierpliwością wyczekuję kolejnego tomu Jeżycjady i każdemu polecam te powieści. Wszystkie, jak jeden mąż. :)

Opublikowano Literatura dla młodzieży, Literatura obyczajowa, literatura współczesna, miłość, Moje, Nieokreślone, Polecam | Otagowano , , , , | 2 komentarzy

- Czasami najbardziej doskwierają te blizny, które są głęboko ukryte, prawda, moja Saro?

Kiedy byłam mała mój ukochany brat raczył mnie wieloma strasznymi opowieściami o końcu świata i duchach osób, które umarły. Byłam wiernym słuchaczem, mimo że strasznie się potem bałam i długo nie umiałam po tym zasnąć, święcie przekonana, że w nocy odwiedzą mnie duchy zmarłych. Brat musiał mieć ze mnie niezły ubaw. Gdy wzięłam do ręki ,,Zimowe dzieci”Jennifer McMahon pierwsze o czym pomyślałam to właśnie te noce i wieczory, kiedy słuchałam opowieści o końcu świata i nocnych zmorach.

 Jennifer McMahon, Zimowe dzieci, wyd. Gorzka Czekolada, s. 392

Jaką cenę jesteś w stanie zapłacić za przywrócenie tego, co już umarło? Odpowiedzieć na to pytanie musiała Sara, która straciła ukochaną córeczkę i bardzo pragnęła jeszcze raz pogłaskać ją po włosach i opowiedzieć, jak minął dzień. Dziennik Sary, która zdecydowała się wskrzesić ducha swojej zmarłej córki, przetrwał do czasów współczesnych i dał nadzieję tym, którzy pochowali swoich bliskich i nie umieją bez nich żyć. Tylko czy zabawa ze śmiercią może skończyć się dobrze?

437684-352x500

Wszystkich tych, którzy liczą na mrożący krew w żyłach horror muszę nieco przystopować. To nie ten typ literatury. Jest reklamowany jako książka z tego gatunku, lecz nie da się jej jednoznacznie sklasyfikować. Trochę z niej dramat obyczajowy, odrobinę thriller i powieść detektywistyczna. Ale dla mnie to nie horror. Może gdybym obejrzała film na podstawie tej książki przeraziłabym się bardziej, ale autorka nie umiała wzbudzić we mnie strachu. Może dlatego, że już duża dziewczyna jestem i nie boję się opowieści o duchach.

Fabuła jest bardzo ciekawa i to ogromny plus tej książki. Jeden mały minus jest taki, że w pewnym momencie stała się trochę przewidywalna, ale przy odrobinie dobrej woli można uznać, że się tego nie dostrzegło. ;) Autorka zaprezentowała ciekawy zabieg – prezentuje nam historię bohaterów, którzy żyją w czasach współczesnych i tych, którzy żyli na początku XX wieku, ponieważ wydarzenia z tych dwóch różnych okresów splatają się i mają na siebie ogromny wpływ. Bez jednych nie byłoby drugich.

Kolejnym plusem są bohaterowie. Postać Sary jest bezbłędna – to kobieta, której nie można wrzucić d jednej szufladki. Idealnie pokazuje jak bardzo zmienia się charakter człowieka w o0bliczu determinacji i desperacji. Sara ma wiele twarzy i wielobarwny charakter, tak samo jak postać jej ciotki, która również jest jedną z ciekawszych postaci tej powieści.

Autorka poprzez powieść porusza bardzo ważną kwestię. Dotyczy ona tego do czego mogą się posunąć ludzie, którzy utracili bliską osobę. Jak bardzo są zdesperowani i oszaleli z żalu i nie zważają na wszelkie konsekwencje swoich czynów. Nie myślą o innych, tylko o sobie i swoim cierpieniu. To bardzo smutne i daje wiele do myślenia nad naturą człowieka. Książka porusza też wiele kwestii dotyczących zakłamania człowieka – każdy z nas ma takie momenty w życiu, że udaje kogoś, kim nie jest. Niektórzy jednak przez całe życie nie pokazują swojej prawdziwej twarzy.

Uważam, że ,,Zimowe dzieci”Jennifer McMahon to dobra literatura. Trzyma poziom i zdecydowanie nie pozwala się nudzić. Jeśli ktoś boi się horrorów, to nie powinien bać się sięgnąć po tę pozycję – ona nie ma za zadania nas przestraszyć, co najwyżej zmusić do zastanowienia nad pewnymi kwestiami i dać nam rozrywkę na długie, jesienno-zimowe wieczory. I w tej roli spełnia się doskonale. :)

 

Opublikowano horror, Kryminał, Literatura obyczajowa, literatura współczesna, Moje, Polecam, Thriller | Otagowano , , , , , , , | Skomentuj

Chcecie się przekonać co potrafię?Mam was pozbawić majątku i tytułów?Sądzicie, że nie jestem zdolna sprowadzić do poziomu plebsu każdego z was, jak tu stoicie?Potrzebujcie panowie męskiego autorytetu?Otóż zapewniam was, że mam większe jaja niż którykolwiek z was.

Właśnie przed chwilą doczytałam, że książka Magdaleny Niedźwiedzkiej Królewska heretyczka to debiut. O mało nie spadłam z krzesła z wrażenia. Bardzo długo nie mogłam w to uwierzyć. Trzymam tę kolubrynę ( ponad 900 stron) w rękach, patrzę na piękną okładkę i zastanawiam się jak ubrać w słowa to, co w tej chwili czuje. Podejrzewam, że i tak to, co napisze, będzie żałosne i w ogóle nie odda moich uczuć, związanych z tą powieścią.

M. Niedźwiedzka, Królewska heretyczka, Prószyński i S-ka, s. 912

Elżbieta I obejmuje tron Anglii po swoim bracie, Edwardzie. Jako córka kobiety, która została okrzyknięta czarownicą i jednego z najpotężniejszych władców Anglii ma przed sobą bardzo długą i trudną drogę. Musi przekonać parów Anglii, że kobieta potrafi rządzić bez mężczyzny u boku. Czy jej się to uda? Czy Elżbieta Tudor potrafiła rządzić bez męża? A może go miała i to on, po kryjomu, dyktował jej, co ma robić królowa Anglii?

509076-352x500

Nie wiem czy powinnam się na autorkę obrazić, czy jej podziękować. Przez nią nie spałam dwie noce. Dwa dni i dwie noce zajęło mi czytanie tej powieści. Czytałam praktycznie bez przerwy, oczywiście pomijając posiłki i inne oczywiste czynności. Muszę jednak powiedzieć jedno – nawet gdybym ominęła jakiś posiłek, nie żałowałabym ani sekundy. A to duży komplement, bo uwielbiam jeść.

O królowej Elżbiecie, jej matce i ojcu przeczytałam już chyba wszystko, co jest dostępne na polskim rynku księgarskim, mogę więc uważać się za znawcę tematu. Miałam w ręku wiele powieść historycznych, zarówno tych fabularyzowanych, jak i tych opartych na udokumentowanych faktach. Dlatego właśnie nie mogę uwierzyć, że to debiut. Bo tę powieść można spokojnie postawić obok powieści fabularyzowanych Philippy Gregory czy C.W. Gortnera i nie będzie to wstyd. Autorka wykonała fantastyczną robotę. Podejrzewam, że pracowała nad powieścią bardzo długo, żeby ją odpowiednio dopracować. Nie znalazłam ani jednej rzeczy, do której mogłabym się przyczepić, choć miałam w paru miejscach wątpliwości natury historycznej i logicznej, ale szybko je rozwiałam, przyznając rację autorce.

Fabuła jest bardzo rozbudowana, poznajemy nie tylko czasy panowania Elżbiety I, ale także życie zwykłych ludzi, którym przyszło żyć w trudnych czasach, gdy czarna śmierć podążała ulicami Londynu, w kraju mieszały się ze sobą dwie religie, a wojna domowa wisiała na włosku przez wiele lat. Kobieta na tronie była zjawiskiem, z którym nie zgadzało się większość mężczyzn w tamtym czasie, nie tylko parów Anglii, ale także zwykłych ludzi – poczynając od chłopów, przez duchownych, na kupcach kończąc. Autorka stawia nieśmiałe pytanie i zastanawia się, czy Elżbieta rzeczywiście rządziła sama. Nie miała męża, ale stałe miejsce przy jej boku zajmował Robert Dudley, który miał na nią ogromny wpływ. Historycy wiedzą, a wiedza ta została poparta wieloma dokumentami z tamtego okresu, że królowa Anglii była w nim zakochana i można założyć, że zaryzykowałaby wiele, by móc go poślubić, mimo, że wiedziała, że to wywoła wojnę domową i stanie się pośmiewiskiem całej Europy. Czy Robert Dudley miał wpływ na jej decyzje polityczne? Czy jakikolwiek mężczyzna mógł powodować Elżbietą I, znaną dzisiaj jako jedna z najdłużej panujących władczyń Anglii? Na te pytania powieść nie odpowiada wprost, ale gwarantuje przede wszystkim cudowną rozrywkę na wiele godzin. Pani Magdaleno, wiem, że pewnie Pani tego nie przeczyta, ale chciałam Pani serdecznie podziękować za tę powieść i czekam na kolejne. Mam nadzieję, że nie będzie mi dane czekać długo.

Opublikowano Historia, Literatura historyczna, Moje, Polecam, romans | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Gdy przekracza się pewne granice, łamie normy, które dotychczas wskazywały nam drogę, otwiera się nowy rozdział w życiu. Nic już nie będzie takie samo.

Wiem, wiem. Dawno mnie nie było, w sumie to prawie miesiąc. Niestety, albo i stety, kupa zleceń się na mnie wylała i dopiero się z nich wygrzebałam. Dzisiaj mam wam do zaprezentowania debiucik Magdy Stachuli, którym wszyscy dookoła mnie się zachwycają. Czy i ja się zachwyciłam?

M. Stachula, Idealna, wyd. Znak Literanova, s. 384

Anita i jej mąż są małżeństwem, jakich wiele. Pragnienie posiadania dziecka wkrótce doprowadzi do pierwszego poważnego kryzysu w ich związku. Anita pewnego dnia znajduje w domu rzeczy nie należące do niej – sukienkę, która jej się nie podoba i której nigdy by nie kupiła i szminkę, która nie pasuje do jej typu urody. Zaczyna myśleć, że oszalała albo ktoś chce, żeby tak było. Pytanie tylko komu zależy na tym, żeby ją zniszczyć?

491997-352x500

Obawiałam się tego, że zazwyczaj jak coś ma dobrą promocję to nie jest jej warte. I proszę bardzo, w przypadku tego debiutu niestety się nie pomyliłam. O tej książce słychać na prawo i lewo. Spotkałam się nawet z opinią, że autorka jest drugą Bondą, co doprowadziło mnie do pustego śmiechu. Nie jestem wielką fanką Katarzyny Bondy, umówmy się. Ma moim zdaniem lepsze i gorsze powieści. Ale porównanie jej do autorki tej książki to już obraza.

Pierwszy i niewybaczalny minus, zwłaszcza w thrillerze – nuda nudą poganiana. Około setnej strony zastanawiałam się, po co ja to czytam. Gdzieś około sto pięćdziesiątej wznosiłam oczy do nieba i prosiłam, żeby coś się wreszcie zaczęło dziać. Kiedy już coś się zaczęło dziać i myślałam, że akcja się rozwinie, ona upadała, pozostawiając po sobie jedno wielkie rozczarowanie. Wątek kryminalny tak grubymi nićmi szyty i tak przewidywalny, że można się nad tym popłakać.

Drugi minus to bohaterowie. Nie chodzi już nawet o to, że są nudni. Oni są przewidywalni. Nieciekawi. Brakuje im wyraźnych osobowości, czegoś, czym mogliby mnie zaskoczyć, zaciekawić. Nawet czarny charakter tej powieści jest moim zdaniem za mało zły, o ile można tak to nazwać. Nie chodzi o to, żeby lubić bohaterów – oni mają wywierać w czytelnikach jakieś emocje. Ja walczyłam, żeby nie zasnąć, gdy czytałam dialogi. Swoją drogą było ich strasznie mało jak na 400 stron.

Wątek kryminalny – tak jak wcześniej mówiłam, intryga grubymi nićmi szyta. W paru momentach zastanawiałam się, czy główna bohaterka jest naprawdę tak głupia, że nie widzi, kto pod nią kopie. Mniej więcej w połowie powieści, jeśli ktoś uważnie czytał książkę, można było domyślić się kto za tym wszystkim stoi, choć działania tej osoby trochę mnie śmieszyły, taka była straszna.

Wiem, że wiele osób tą książką się zachwyca. Dzięki ogromnej promocji wydawnictwa mamy kolejny bestseller. Wielka szkoda, że dobre powieści często nie mają odpowiedniej promocji, przez co umykają nam i natrafiamy na nie zupełnie przypadkiem. Tak miałam z kilkoma świetnymi tytułami, które przewinęły się przez ten blog i nie mogłam zrozumieć, czemu o nich wcześniej nie słyszałam. Idealna Magdaleny Stachuli nie jest dobrą książką, nie jest dobrym thrillerem i nie radzę sięgać po nią komuś, kto lubi ten gatunek.

Opublikowano intryga, Kryminał, literatura współczesna, Nie polecam, Thriller | Otagowano , , , | Skomentuj

Miłość to najbardziej zdradliwa choroba na świecie: zabija cię zarówno wtedy, gdy cię spotka, jak i wtedy, kiedy cię omija

Czy wyobrażacie sobie  żyć w świecie, w którym nie ma miłości? W którym jest ona zakazana prawem? Ja sobie nie wyobrażam. Może inaczej – nie wyobrażałam sobie tego, dopóki nie sięgnęłam po książkę Lauren Oliver pt. Delirium. Nawet moja wybujała wyobraźnia nie była na to przygotowana. Zaczełam się zastanawiać czy autorka, gdy zaczynała tworzyć tę powieść, doświadczyła jakiegoś zawodu związanego z tym uczuciem, skoro potrafiła stworzyć świat całkowicie pozbawiony miłości. Żadna dziewczyna nie pocałuje chłopca z namiętnością. Żadna matka nie będzie się wygłupiać z własnym dzieckiem. Żaden ojciec nie przytuli swojej córeczki inaczej, niż z wyrazem obojętności wypisanym na twarzy. Brat i siostra nie skoczą za sobą w ogień. Mąż i żona chwycą się za ręce na ulicy, lecz nie poczują nic.

Lauren Oliver, Delirium, wyd. Otwarte, s. 360 stron

Amor deliria nervosa – śmiertelna choroba, której istnienie w świecie Leny jest niedopuszczalne. Kiedyś tę chorobę nazywano miłością. Ludzie z jej powodów zabijali się, krzywdzili swoich bliskich i przyjaciół. To przez nią toczyły się wojny. Postanowiono z nią skończyć. Wynaleziono lekarstwo na miłość. Nastoletnia Lena żyła bardzo długo nie wiedząc, jak czuje się człowiek zarażony amor deliria nervosa. Z niecierliwością oczekuje dnia, kiedy zaaplikują jej lekarstwo na tą straszliwą chorobę i będzie mogła czuć się wolna od strachu. Miłość jednak nie wybiera ani czasu ani miejsca. Lena przekona się o tym na własnej skórze.

352x500

Bardzo podoba mi się wizja świata dystopijnego, stworzonego przez autorkę. Spotkałam się z opiniami, które porównywały tę powieść do Niezgodnej i doszukiwały się plagiatu. Ludzie kochani, przecież Niezgodna powstała później! Autorka nie miała jak jej splagiatować, bo zwyczajnie jej nie było. Nie gadajcie głupot. Pomijam już to, że książki łączy tylko dystopia. Nic więcej.

Akcja rozwija się powoli. Normalnie dałabym tu minus, jednakże ten zabieg został dobrze wykorzystany przez autorkę – ma ona czas, by zapoznać nas nie tylko z historią amor deliria nervosa, z wizją społeczeństwa, w którym jest ona zakazana. Poznajemy prawo, zasady i obyczaje panujące w kraju, gdzie nie można nikogo pokochać i grożą za to straszliwe konsekwencje.

Fabuła rozwija się jeszcze bardziej interesująco, gdy poznajemy bliżej Alexa i Lenę. To bardzo fajna dwójka. Zazwyczaj nie lubię bohaterów występujących w literaturze młodzieżowej. Są zbyt sztuczni. Nie można tego zarzucić ani jednemu ani drugiemu. Kibicowałam im od początku do końca. Wyzwolili we mnie wiele pozytywnych emocji i sprawili, że chciało się dalej czytać.

Rozczarował mnie koniec. To w sumie jest niedpowiedzenie. Załamał mnie koniec. Ci, co książkę przeczytali, wiedzą o co mi chodzi. Nie będę zdradzać dlaczego. Nie zniechęcił mnie jedak na tyle, by nie sięgnąć po kolejną część. Z chęcią przyjrze się dalszym losom głównych bohaterów, a wam szczerze polecam historię o kraju, w którym miłość nie ma prawa istnieć. Mimo to istnieje i warto o nią walczyć.

Opublikowano fantasy, Literatura dla młodzieży, Literatura obyczajowa, miłość, Polecam | Otagowano , , , , | Skomentuj

Miłość jest od­po­wie­dzią, ale kiedy cze­kasz na od­po­wiedź, seks za­daje całkiem in­te­resujące pytania.

Szlag mnie trafi kiedyś z tymi romansami. Pisze do mnie koleżanka i mówi, że nowa książka Ch. Lauren wyszła. No to ja spazmy i krzyki radości, tańce i swawole. Od razu się zaopatruję. Nastrój robię. Przygotowuję się mentalnie. A tam co? Jedno wielkie pstro. gdyby mi ktoś kiedyś powiedział, że ten duet pisarski mnie kiedyś tak zawiedzie, to popukałabym się w czoło.

Ch. Lauren, Piękny sekret, Zysk i S-ka, s. 416

Co może wyniknąć z romansu sztywnego, konserwatywnego brytyjskiego menadżera z wyzwoloną, młodą i atrakcyjną stażystką? To, co się wydarzy, można nazwać jedynie skandalem obyczajowym na wielką skalę. Ruby Miller dowiaduje się, że ma towarzyszyć swojemu współpracownikowi, dyrektorowi Stelli, w podróży służbowej do Nowego Yorku. Dziewczyna czuje euforię pomieszaną z niepokojem. Od dawna podkochuje się w milczącym i inteligentnym dyrektorze. On zdaje się nie zwracać na nią uwagi. Czy Nial Stella wyjdzie ze swojej skorupy i dostrzeże w Ruby kogoś więcej niż koleżankę z pracy? Nie ma wątpliwości, że Ruby zrobi wszystko, by tak się stało.

486209-352x500

Zapowiadało się fantastycznie. Wzięłam książkę do ręki z przeświadczeniem, że po raz kolejny trzymam dobrą literaturę, przy której się nie tylko zrelaksuję, ale też uśmieję, a nawet popłaczę ze wzruszenia. Za każdym razem tak było. Cykl Beautiful Bastard znam od podszewki. Mogę z pamięci cytować Pięknego Drania, Pięknego Nieznajomego i Pięknego Gracza. Noszę w sobie wyobrażone wizerunki Chloe, Sary i Hanny. Bennett, Will i Max to moje ideały męskości. Wiem, brzmię trochę jak szalona małolata, ale mnie to mało obchodzi. Po prostu wrosłam w te książki i za każdym gdy Ch. Lauren coś napiszą, to lecę i kupuję. Bez zastanowienia i zbędnych dywagacji.

Jak się okazuje, wszystko trwa do czasu i nigdy nie należy mówić nigdy. Po lekturze Pięknego Sekretu będę uważniej się przyglądać twórczości tego duetu. Straciłam bowiem zaufanie.

Przede wszystkim warto zacząć od tego – kto wymyślał tytuł, na litość boską?! Może ja jestem słaba w metaforach, ale naprawdę nie wiem, o jaki sekret chodzi i ki diabeł. Gdzie tu sekret? Tutaj nawet małej tajemnicy nie ma, a co dopiero mówić o sekrecie. Wszystko jasne i proste jak drut. Osoba, która wymyśliła tytuł tej książki, musi mieć jakieś dziwne poczucie humoru, którego nie ogarniam.

Autorki trochę kombinowały z fabułą i było widać, że chciały stworzyć coś, czego jeszcze nie było. Przekombinowały. Wiem, o co im chodziło. Nie chciały po raz kolejny serwować tego samego kotleta – on piękny, lubi dominować, laski przed nim się same kładą, a on tylko bierze i nie chce się angażować emocjonalnie. Ona szara myszka, nic nie wie na temat swojej kobiecości, on ją dostrzega i uczy czerpania przyjemności z seksu. Nie ten adres drogie panie. Tego tutaj nie ma. Jest na odwrót. Mamy tutaj faceta, z lekko wypaczonym obrazem związku, który jest w tym wypadku taką „szarą myszką”. Lubię, gdy autorzy przełamują utarte schematy. Niestety, postać Niala jest lekko śmieszna. A miała być zapewne intrygująca. Sama Ruby także mnie nie zachwyciła. Ot, taki sobie podlotek. Trzpiotowaty trochę. Może i jakiś tam urok ma, ale nie odurzający. Powieść ratują bohaterowie poprzednich części – chwilami pojawiają się wszyscy oprócz Hanny i Sary, co było balsamem na moją udręczoną duszę. Ich rozmowy wymusiły nostalgiczny uśmiech na mojej twarzy.

Zszokował mnie poziom scen erotycznych. Czego jak czego, ale tego się po moich ulubionych autorkach nie spodziewałam. Dialogi oklepane. Sceny zwyczajnie nudne. Zero dreszczyku. Przy poprzednich trzech częściach był, i to spory. A tutaj ani Ruby, ani tym bardziej Nial nie potrafili rozbudzić mojej wyobraźni na tyle, bym była pod jakimkolwiek wrażeniem. Gdy sobie to porównam do rozmów Willa i Hanny z Pięknego gracza, to robi mi się przykro. Nawet nie powinnam porównywać. Nie ma czego.  Jedno wielkie rozczarowanie.

W takich chwilach zastanawiam się, co się stało. To jest tak, jakby Brandon Sanderson napisał kiepskie fantasy. Może przesadzam. Ale dla mnie Ch. Lauren w erotyce to jak Sanderson w fantastce. Dobra jakość. Marka sama w sobie. Niezawodność i rzetelność. Dobra zabawa, mnóstwo wzruszeń, ciepło w okolicy serca, szybkie tętno, wyobraźnia działająca na wysokich obrotach. Piękny sekret nic mi z tego nie dał. Pozostawił za sobą tylko niesmak.

Opublikowano Erotyka, Literatura obyczajowa, literatura współczesna, miłość, Moje, Nie polecam, romans, seks | Otagowano , , , , , , , , | 4 komentarzy

Ten trup się nie liczy, czyli jak zatuszować sprawę o morderstwo.

Postanowiłam przestać się zaczytywać w romansach na jakiś czas i przerzucić się na literaturę faktu. Sięgnełam po ksiązkę Justyny Kopińskiej „Polska odwraca oczy”. I mam za swoje. Teraz przez kilka dni nie zasnę. A było trzeba czytać o miłości.

Z panią redaktor Justyną Kopińską zaprzyjaźniłam się w momencie, w którym przeczytałam bardzo przykrą książkę jej autorstwa o siostrach z Zabrza, które katowały swoich wychowanków i urządziły im piekło na ziemi. Ta książka była chyba najbardziej wstrząsającym reportażem, z jakim się do tej pory zetknęłam. Opisów okrucieństw, jakich dopuszczały się siostra Patrycja, Monika i Bernadetta na dzieciach z tego ośrodka nie sposób zapomnieć i zrozumieć.  Człowiek aż nie wierzy, że osoba duchowna mogła dopuścić się takich czynów.

Biorąc książkę ” Polska odwraca oczy” do ręki wiedziałam, że jak redaktor Kopińska pisze, to z przytupem. Nie sądziłam jednak, że aż takim. 16 tragicznych historii, momentami tak kuriozalnych, że aż niewiarygodne, że to się dzieje w Polsce.

J. Kopińska, Polska odwraca oczy, wyd. Świat Książki, s. 234

468249-352x500

Opowieść o najważniejszych sprawach, które nie do końca zostały wyjaśnione wśród których znajdziemy m.in. opowieść Anny, żony Mariusza Trynkiewicza, reportaż o bezprawiu w Zduńskiej Woli, gdzie burmistrz kazał swoim pracownikom płacić haracz za to, że u niego pracują, historia czterokrotnego mordercy, który został uwolniony, dzięki niekompetencji psychologów oraz odpowiedź na pytanie, dlaczego w polskiej policji tak ważne są statystyki i dlaczego nie każda sprawa dla policjanta liczy się tak samo.

Nie wiem, która historia najbardziej mną wstrząsnęła. Pierwszy szok przeżyłam już na pierwszych kartach książki, kiedy dowiedziałam się, że Mariusz Trynkiewicz ma żonę. A to, co miałam wyczytać później, miało mnie jednocześnie wciągnąć i dobić na długie godziny. Kolejny szok przeżyłam przy historii o burmistrzu Zduńskiej Woli, który pobierał od swoich pracowników co miesiąc haracz za to, że pozwala im u siebie pracować. Sąd uniewinnił go od wszystkich zarzutów, jednocześnie skazując dwie osoby, które mu płaciły, bo się bały o swój stołek i swoje rodziny, za korupcję. A ja myślałam, że pracodawcy w Poznaniu są źli.

To nie jest pozycja dla osób o słabych nerwach. Jesli szanujecie swoje zdrowie psychiczne, a wiecie, że macie je słabe, to tego nie czytajcie. Natomiat jeśli interesują was niewyjaśnione sprawy, tropicie nieudolność instytucji, które rzekomo mają dbać o nasze dobro, śledzicie na bieżąco takie programy jak „Uwaga” i inne temu podobne, to ta książka jest dla was, moi drodzy. Nic tylko sięgnąć i czytać. Ja mogę wam tylko ją serdecznie polecić, bo jest mocna. Wbija w fotel, niszczy spokój i zmusza do zastanowienia, w jakim kraju my, do jasnej anielki, żyjemy.

Opublikowano Literatura faktu, Moje, Polecam | Otagowano , , , , , , , , | 1 komentarz

Literatura erotyczna po polsku, czyli coś poszło ostro nie tak.

Ten wpis nie będzie tylko o jednej powieści. Dotyczy to wielu powieści erotycznych polskich autorów, którzy być może łapią się za coś, na czym się do końca nie znają. Przynajmniej mam takie odczucia po przeczytaniu powieści K.N. Haner pt. ” Sny Morfeusza”.

Czytam dużo literatury tego rodzaju, bo jest naprawdę dobrą rozrywką. Dużo trzeba, żeby całkowicie zepsuć erotyk. Jesli chce się to zrobić, to śmiało można kopiować z klasyki gatunku m.in. z ” Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Od momentu pojawienia się tej tandety (przepraszam, ale inaczej nie jestem w stanie nazwać tego czegoś) powieści erotyczne polskich autorów mocno się zepsuły. Wiadomo, Grey się sprzedaje, o tym wiedzą wszyscy. To czemu by nie napisać o tym, jak to biedna, szara myszka, spotyka bogatego, wpływowego biznesmena? Ano, nie ma przeszkód. A rynek zalewają potem tego typu powieści. I to nie jest dobre.

K.N. Haner, Sny Morfeusza, wyd. Editio, s. 416

Cassandra przeprowadza się do Miami żeby zacząć nowe życie. Zaczyna od starań o pracę, podczas których spotyka Adama McKeya, swojego potencjalnego szefa. Gdy rozmowa kwalifikacyjna nie przebiega po jej myśli, Cassandra sądzi, że już nigdy nie zobaczy tego mężczyzny i zimnym spojrzeniu i trudnym charakterze. Nie wie jeszcze, jak bardzo się myli.

488686-352x500

Nie wiem od czego zacząć. Minusów tej książki jest naprawdę wiele. Jednym z poważniejszych jest główna bohaterka. W tym miejscu chciałabym zaapelować do wszystkich polskich autorów, którzy piszą lub mają zamiar pisać książki erotyczne – błagam was, ludzie, nie róbcie z kobiet kretynek. Kobieta, która występuje w erotyku nie musi być głupia jak stołowa noga, nie musi tracić rozumu, tylko dlatego, że ma coś większego między nogami. Z głównej bohaterki K.N.Haner robi idiotkę, o umyśle piętnastolatki, na co wskazuje także poziom jej słownictwa. Pierwszoplanowa postać kobieca została sprowadzona do roli wiecznie napalonej baby, która zdobywa pracę przez łóżko ( tak, wiem, że w powieści główny bohater mówi, że jest inaczej. Ale ja mu osobiście nie wierzę. Nie po tym, gdy przeczytałam, w jaki sposób objawia się wiedza o aranżowaniu wnętrz Cassandry Giivens). W dodatku ta kobieta nie potrafi używać mózgu, a zwłaszcza w sytuacji intymnej. Co więcej, jest wiecznie napalona, przez co jej wybory życiowe już nie tylko zaskakują. One miażdżą inteligencje normalnego, zdrowo myślącego człowieka. Nie wiem, jak można stworzyć taką postać i się nie zniesmaczyć płcią piękną. Ja się zniesmaczyłam. Nie jestem feministką, nigdy nie byłam i nie będę, ale nawet mnie razi takie przedstawienie kobiety. Czytałam erotyki, w których można kobietę przedstawić w normalny sposób. Nie będę podawała przykładów z literatury zagranicznej, bo to nie ta półka. Ale podam przykład z literatury polskiej – postać Melanii, którą stworzyła A. Docher w „Anatomii uległości”. Nie twierdzę, że ta kobieta nie miała wad, ale była normalna. Tego samego nie da się niestety powiedzieć o Cassandrze, która jest tak daleka od normalności i realizmu jak to tylko możliwe. Aż mi się nie chce wierzyć, że istnieją takie kobiety, bo jak sobie o tym pomyślę, to mi zwyczajnie przykro.

Można wyrazić rozkosz na wiele sposobów. Można to zrobić bez wulgaryzmów. Wiem, trudne to jest. A tutaj aż oczy bolą. I nie mówię tutaj o nazwach części ciała. Ilość synonimów na określenie męskiego przyrodzenia jest dość ograniczona. Chodzi mi o styl wypowiadania się bohaterów, zwłaszcza Cassandry. Czy naprawdę jej słownictwo musi być aż tak ubogie? Rozumiem, że idzie w parze z ubogim rozumem. Nie mam na to innego wyjaśnienia.

Powtórzeń w tej powieści jest tak wiele, zwłaszcza w dialogach, że nie sposób przejść obok tego obojętnie. Za każdym razem gdy czytałam : „słońce” albo ” dziecinko”, dostawałam spazmów złości, a moja dusza wręcz umierała. Rozumiem, że bohaterowie mają taki styl wypowiedzi. Ale czy naprawdę nie mogą używać także innych określeń? O czym ma to świadczyć?

Fabuła przewidywalna i dość płytka. Mój mąż, gdy pisze te słowa pyta mnie, czego ja się spodziewałam o erotyku. Powtarzam po raz kolejny – można napisać erotyk z fabułą, która nie jest płytka i powtarzalna. Czytałam takowe. I pewnie nie raz jeszcze taki mi się trafią. Sceny seksu co piąta strona. Ilość orgazmów przechodzi wszelkie wyobrażenie. Nadchodzą jeden po drugim. Od jednego ruchu palców dziewczyna płonie, a jej ciało przechodzi milion dreszczy rozkoszy. Super, facet się nie zmęczy za bardzo, skoro nie musi robić wiele, żeby dziewczyna przy nim osiągnęła spełnienie.

I ostatni zarzut – zbyt duże podobieństwo do Greya. Ja wiem, że to się sprzeda, bo przecież o pieniądze tu głównie chodzi, bo nie o jakość. Jest seks, jest sprzedaż. Tak to już jest na tym smutnym rynku wydawniczym. Ale powinny być jakieś granice. Ta powieść za mocno pchnie mi Greyem, zwłaszcza na początku. Ona biedna, świeżo po studiach. On bogaty, biznesmen pełną gębą. Ona piękna, choć nie zdaje sobie z tego sprawy, nie mówiąc o swojej uśpionej seksualności. On diabelnie przystojny, jakżeby inaczej. Ona zakochuje się w nim z miejsca, widząc do na oczy po raz pierwszy i odczuwając dreszcze na sam dźwięk jego głosu. On lubi dominować, ona z radością mu się podporządkowuje, mimo, że się trochę boi, ale co tam, raz się żyje. Przypomina wam to kogoś? Bo mnie tak. I niech mi nikt nie gada, że nie da się napisać tak, żeby się nie powtarzało. Można. Tym wszystkim, co twierdzą, że nie można, polecam „Pieknego gracza” Ch. Lauren. Zobaczycie, że można.

Jest jeden plus. Sceny erotyczne. Mogłyby być dłuższe, ale mają jakiś tam poziom. Biorąc pod uwagę, że reszta prezentuje poziom słaby, to i tak pocieszające. Niestety, jest mi bardzo przykro, bo miałam ogromną nadzieję na dobry erotyk, do tego napisany przez polską autorkę, co zawsze mnie cieszy. Nie otrzymałam tego, tylko jedno, wielkie rozczarowanie.

Opublikowano Erotyka, miłość, Nie polecam, Nieokreślone | Otagowano , , , , , , | 12 komentarzy